O końcu przyjaźni.

Chcę opowiedzieć Wam o moim spojrzeniu na relacje. Czasem rozmawiamy o tym na Instagramie i widzę jak szalenie jest to ważny temat. 


Wbrew obrazowi jaki kreujemy i widzimy we wszelkich środkach przekazu - wielu jest wokół ludzi, którzy utracili przyjaźń. Albo zostali zranieni, albo sami spieprzyli po całości, w każdym razie - doszli do momentu, w którym nie ma już co zbierać. Posypało się, potrzaskało na tak drobne odłamki, że wiatr rozwiał je na wszystkie strony. Nie da się złożyć na nowo.


Szukałam w tym temacie badań i potwierdziły się moje obserwacje - według socjologów w ciągu ostatnich 30 lat o 1/3 spadła średnia ilość ludzi których do siebie dopuszczamy, a jednocześnie, o połowę wzrosła w społeczeństwie zachodnim ilość osób które nie posiadają żadnego bliskiego przyjaciela.

I tutaj pojawia się pytanie - czy to zbyt łatwe poddawanie się w walce o drugiego człowieka?

Ja osobiście uważam, że ostateczny koniec jest w momencie, kiedy nie chcemy już tego naprawiać. Kiedy wiemy, podświadomie czujemy, mimo że nas to jeszcze przeraża, że nasze drogi właśnie się rozmijają.


Boimy się końca przyjaźni, bo to boli. Oczywiście, wyrwanie kogoś z naszego życia, kto był jego wielką częścią boli jak cholera. A człowiek jest tak skonstruowany, że stara się bólu unikać. Często jest tak, że wybiera tkwienie w jakiejś relacji, która mu nie służy, zupełnie jakby chodził z bolącym zębem sparaliżowany myślą o jego wyrwaniu, o cierpieniu w trakcie zabiegu i pustce jaka zostanie po.


Boimy się końca przyjaźni, bo to wielka porażka w naszych oczach. Bo najpiękniejsze książkowe i filmowe narracje to te o niegasnącej przyjaźni dwójki ludzi - od dziecka, po grób. Chcemy być dobrym przyjacielem. A utrata przyjaźni uderza w naszą samoocenę, w tą jej część która odpowiada za nasz wizerunek jako dobrego przyjaciela. A nikt nie chce być złym przyjacielem, bo w przyjaźni jesteśmy przecież najbardziej sobą, dajemy swoje wnętrze. 

Boimy się końca przyjaźni bo ciężko będzie w pojedynkę stawić czoła światu. Odpowiadać na pytania ciekawskich o to, co się stało i wszystko przeżywać w środku, być pozbawionym tej osoby, której łatwo się było zawsze wygadać.


Boimy się końca przyjaźni, bo nie umiemy akceptować odrzucenia. Bo trudno przyswoić fakt, że ktoś nas nie chciał. Że ktoś nas opuścił. Że nie byliśmy dość dobrymi, dość wartościowymi i dość potrzebnymi ludźmi. Nie umiemy też zaakceptować faktu, że kiedy to my skrzywdzimy inna osoba ma cholerne prawo chcieć się odciąć.

Czekamy na przeprosiny lub sami błagamy o ich przyjęcie, staramy się cofnąć czas, naginamy prawa fizyki tak, żeby przyszłość była jak przeszłość.

I ja dzisiaj chciałabym po prostu powiedzieć - czasem się po prostu nie da. Czasem nie ma drugiej i dwusetnej szansy. Czasem, przyjaźń się po prostu kończy.


Nie szukaj odpowiedzi. Prawdopodobnie nie ma jednego powodu, dlaczego się skończyło. Zaufaj mi, nie potrzebujesz retrospekcji krok-po-kroku. Zajęło mi to dużo czasu, aby zrozumieć, że czasem można zrobić wszystko jak należy, a i tak wylądować w tym ciemnym miejscu.

Ja wierzę w puszczanie ludzi wolno.


Nie każdy zrozumie drogę, jaką dla siebie wybierasz. I to jest ok. Bo to twoja droga. 


Ty też możesz nie zrozumieć wyborów kogoś ci bliskiego. I to jest także ok. Bo to jest jego droga.

Proszę, jeśli kogoś kochasz, walcz o to. Ale bądź szczery. I jeśli zachodzi zmiana, za którą nie możesz podążyć - puść to wolno. Puść wolno, bo walcząc za wszelką cenę, nigdy nie pozwolisz tej relacji nigdy odejść. Nie można kogoś trzymać blisko tylko po to, by kochać go w połowie i próbować zmienić drugą połowę

Wierzę też, że pożegnanie żyjącego przyjaciela to jedna z najtrudniejszych rzeczy. Przeżyłam to sama. Mimo ogromu miłości, jaką nadal mam dla tej osoby, trzeba było w pewnym momencie puścić naszą przyjaźń wolno. Przestać się ranić wzajemnie. To była jedyna taka osoba na świecie, z którą od lat nastoletnich budowałyśmy nasze światy oparte o wielkie marzenia, jeszcze większe strachy i małe problemy. Zaczęłyśmy jednak po wielu latach patrzeć na życie i sprawy ważne w sprzeczny ze sobą sposób. I skończyło się telefonem, w którym poprosiła, żebym jednak nie przychodziła na jej ślub (i paradoksalnie, był to pierwszy moment od dawna kiedy poczułam się dumna z jej hartu ducha). Dziś nie wiem co u niej.

Myślę też, że trzeba przechorować żałobę po prawdziwej przyjaźni. Dać sobie czas. Przelać potoki łez. Pogrozić światu pięścią. Wykrzyczeć ‘przyjaźń nie istnieje’ i krzywić się na widok par przyjaciół zagadanych w kafejkach. 


Ale potem - potem trzeba wziąć się w garść, chociaż wiem, że nienawidzisz tego sformułowania.

Jeśli jesteś teraz zmęczony gruzowiskiem przyjaźni w swoim sercu, to puść ją wolno.


I ja wiem, że łatwo się mówi, sama nie lubię czytać tekstów które nie sprawiają że coś KONKRETNEGO z nich wynoszę, dlatego postarałam się uporządkować myśli wokół tego tematu tak, żeby formuła którą sama sobie powtarzałam w głowie, mogła posłużyć i dla Ciebie. Znalazłam ogromne ukojenie w tych słowach.

„Zamykam ten etap. Poruszam się małymi krokami. 

Podejmuję decyzję, że to ten czas. Że lepszego czasu nie będzie. 

Akceptuję fakt, że nie będziemy już więcej tworzyć wspólnych wspomnień. 

Dokładnie analizuje nowe warunki stojącej przede mną rzeczywistości - rzeczywistości bez tej osoby. 

Przyswajam sobie oczywiste a jednak szokujące fakty - że wszystko o czymkolwiek rozmawiałyśmy, cokolwiek planowałyśmy - zrobisz, tyle że beze mnie.

I kiedy tak to rozważam, to ściska mnie w gardle ze wzruszenia - bo jestem strasznie dumna, że będziesz miała piękne życie z którego będziesz dumna, że staniesz się tą osobą, którą zawsze planowałaś zostać, ze rozwiniesz się niesamowicie w swojej pracy i pasji, że odwiedzisz wszystkie ważne dla Ciebie miejsca, a na pierwszym miejscu będzie oczywiście Teksas, że doświadczysz kolorów w całej ich intensywności i że będziesz kochać, i będziesz kochana - głęboko, prawdziwie i najmniejszym kawałkiem swojego pięknego serca. I że zrobisz to wszystko beze mnie.

Jestem z ciebie dumna. Jestem z ciebie dumna. Jestem z ciebie dumna. Żyj pięknie. Niczego nie żałuj.”


I kiedy to mówię - czuję ogromny spokój. Bo wiem że jest to prawda na którą jestem gotowa

Jeszcze powiem Wam słowo o przeprosinach - cenię sobie wyżej odpuszczanie niż przepraszanie. Według mnie trudniej jest wrócić komuś wolność, bez wyrzutów, prawdziwą wolność z życzeniem mu jedynie i skończenie dobrze, niż rzucić przeprosinami. Większość przeprosin niczego nie zmienia w zachowaniu, a jest często jedynie egoistyczną próbą uzyskania usprawiedliwienia, ugłaskania własnego sumienia. Pojawić się w czyimś życiu po kilku latach z przeprosinami i propozycją naprawy relacji jest według mnie nie fair. To jakby zakładać, że ktoś nie ruszy dalej ze swoim życiem bez tych naszych przeprosin. I Ty sam, nie czekaj na przeprosiny. Zamiast tego, żyj.

Jeśli masz do siebie żal - trzeba będzie również wybaczyć sobie samemu. Wybacz sobie, że nie walczyłeś, że nie zauważyłeś na czas, że nie dałeś rady. 

Życie po przyjaźni’ jest trochę bardziej ciche, trochę bardziej ostrożne, ale też jest piękne. I pojawiają się, chociaż możesz się przeciw temu buntować, nowi ludzie. I część z nich przylega do Twojego serca. Uczysz się powoli otwierać. Może z nikim nie będzie już tak samo, pewnie nie. Ale wdzięczność za to co było wam dane będzie z Tobą już zawsze.

Bo teraz pomyśl przez chwilę o tym, jak wielkie to szczęście - mieć takiego przyjaciela, chociaż na moment w swoim życiu. Doświadczyć tego połączenia mózgów i najszczerszego śmiechu. 

Ja się bardzo cieszę każdym pięknym wspomnieniem, jestem wdzięczna, że przez wiele lat miałam obok wspaniałego człowieka.